Klątwa Mass Effect 2 na dobre mnie dopadła. Zanim jednak kupiłem grę, postanowiłem, że najpierw ukończę podstawkę. Do ME pochodziłem kilkukrotnie, za każdym razem chłonąłem przygody Sheparda jak gąbką wodę, ale niestety po pewnym czasie się zniechęcałem. Głównie z powodu powtarzalności misji związanych z jeżdżeniem Mako po powierzchni planet. Ale koniec końców nie dałem za wygraną i sterowany przeze mnie John Shepard uratował rasy Przymierza przed Suwerenem. Po drodze poświęciłem Kaidana, a w finale przegadałem Sarena (nie walczyłem z nim) i po ubiciu Suwerena zadbałem o bezpieczeństwo Rady. Tak więc rozpoczynając przygodę w ME2, zaimportowałem swojego idealistę Sheparda (podstawkę zakończyłem mając statsy: 100% paragon i jakieś 10-15% renegade) i pognałem na spotkanie z kolejną epickich rozmiarów kosmiczną przygodą.

masseffect2-recenzja-01

UWAGA – TEKST ZAWIERA SPOILERY

 … w tym miejscu miała być kontynuowana właściwa recenzja gry. Zacząłem ją pisać, tak jak swego czasu pisywałem recenzje gier do kilku serwisów internetowych i w ten sposób zarabiałem sobie na życie, a nawet na studia etc. Ale tamte lata minęły bezpowrotnie. O studiowaniu już dawno zapomniałem, a recenzji nie pisałem już bodaj ze trzy lata. A na dobrą sprawę orman.pl to strona domowa/blog, a nie Imperium gier, czy nieodżałowane do dziś ImRo. Tak więc prawie 4000 naklepanych literek idzie do kosza, a dalej o ME2 będzie trochę zwięźlej i wybitnie subiektywnie.

Usiadłem do gry i momentalnie wsiąkłem. Nie przepadłem może całkowicie dla świata zewnętrznego, ale sesyjki z grą rzadko kiedy kończę przed upływem 3-4 godzin (owszem, nadal gram). Ale cholera, inaczej z ME2 postąpić nie można! Coraz mniej napotykam gier, podczas grania w które mówię do siebie „jeszcze 3 minuty, jeszcze jeden quest, jeszcze podejdę pod tamte drzwi i robię save’a”. A Mass Effect 2 zdecydowanie łapie się do tego zacnego i jakże wąskiego obecnie grona. Bo jest wielki, ma wszystko to, co było dobre w prequelu oraz mnóstwo zmian pozytywnie wpływających na rozgrywkę.

Przebudowany system rozwoju postaci bardzo mi odpowiada. Leveluje się w nim zdecydowanie wolniej niż w ME1, ale to żaden problem. Nie brakuje mi rozwijania biegłości posługiwania się daną bronią. Uzależnienie dostępności pukawek od klasy postaci to także pójście w dobrą stronę. Zabieg bardzo logiczy i łatwo wytłumaczalny. Biotyk ganiający z ciężkim działem w ręku jest wszak średnio przekonujący. Cieszy mnie pozbycie się z gry starego sposobu wchodzenia w posiadanie nowych pancerzy, broni i ulepszeń. Latanie od systemu do systemu, z planety na planetę i skanowanie ich powierzchni w poszukiwaniu eezo i metali jest co prawda nużące, ale wolę nieustannie dusić LT niż zasuwać po powierzchni planet  ledwie sterowalnym Mako, by pod koniec takiej poronionej eskapady dowiedzieć się, że mój zespół ma ciulowego technika, który nie poradzi sobie z zamkiem znalezionego pojemnika. Żegnajcie miliony tony sprzętu w wersjach I, II, V, VIII i tak dalej, żegnajcie dziesiątki ulepszeń amunicji, pancerza i granatów. Witaj porządku i witajcie ulepszenia technologii oraz skanowanie planet! No i żegnajcie technicy! Hackowanie zamków i data padów to teraz przyjemność!

masseffect2-recenzja-02Fabularnie także jest bardzo dobrze. Wiadomo, że kolejny raz musimy uratować świat (w sumie co niby mielibyśmy zrobić, rozpracować mafię paliwową w Polsce XXII wieku?), ale sposób opowiedzenia tej historii, mnogość misji pobocznych i stopień zarysowania dodatkowych postaci zdecydowanie wynagradza mi sztampowość celu nadrzędnego w ME2. Kto grał, ten wie co czuł w chwili, gdy Archangel zdjął hełm i jakim zaskoczeniem był widok Jacka. BioWare umie doskonale kierować moimi emocjami i potrafi sprawić, że przestaję się domyślać i traktować grę jak Bormann siedzący przed TV (gram w wersję EN na X360), ale przeżywam przygody Sheparda, jakbym był osobiście zaangażowany w to co się dzieje na ekranie. Stara dupa już ze mnie, 29 wiosen będzie w tym roku, ale diabelnie się cieszę, że zafundowałem sobie tak rewelacyjną grę. Cholerny Mass Effect 2, potrafi nie tylko zapewnić mi kilkadziesiąt godzin godziwej rozrywki, ale także sprawić, bym nie ograniczył obcowania z nią jedynie do biernego wciskania guzików pada!

Dragon Age poniekąd także to potrafił, ale w bardzo ograniczonym stopniu. Nie dawał mi aż takiej satysfakcji z podejmowania decyzji, nie pozwalał na delektowanie się chwilą. W DA miałem wrażenie, że ciągle muszę się spieszyć, a sama gra miała kilka dziwnych przestojów fabularnych. W ME2 delektuję się chwilą i każdy dialog to dla mnie naprawdę swego rodzaju przeżycie. Do tego stopnia, że niekiedy mocno się krzywię czując, że nie do końca udaje mi się dowiedzieć wszystkiego co chcę, bądź wybierając wypowiedź, za którą mogę dostać punktu renegata. I o to moim zdaniem w grach RPG i quasi-RPG (ME2 to jednak głównie shooter) chodzi. By nie tłuc bezmyślnie w pada czy klawiaturę, ale poczuć jakąś więź z bohaterami.

Siła oddziaływania gier nie jest tak wielka jak książek, ale są tytuły, które można skomplementować, mówiąc o nich, że są jak dobra książka. Bez wahania mówię tak o ME2!