Dieta zdecydowanie mi służy. I nie chodzi tylko o wymiar zdrowotny, ale także psychiczny. Wreszcie zaczynam się ruszać poza mieszkanie. I przykładowo w minioną niedzielę wybraliśmy się z żoną oraz grupką znajomych na koncert RPWL w Progresji. Nie był to wybór z czapy, podjęty pod wpływem chwili, bowiem ochotę na koncert mieliśmy – głównie oczywiście Kasia – od dawna i niecierpliwie wyczekiwaliśmy tego 20. września. I warto było czekać, bo występ był powalający.

RPWL-2009-01

RPWL tym razem nie przyjechali do Polski z promocją swoich płyt i kawałków. Tym razem chodziło o coś innego, ważniejszego. Seria koncertów zorganizowana została pod nazwą RPWL Plays Pink Floyd i była swoistym hołdem dla zespołu i jego klawiszowca Richarda Wrighta, zmarłego przed rokiem.

Support – w postaci polskiej formacji Strawberry Fields – zagrał żenująco słabo. Gitarzysta kilkakrotnie pomylił się, efektem czego było sprzężenie gitary i pisk z głośników. Wokalistka bardziej jęczała niezrozumiale do mikrofonu niż śpiewała. Cały zespół zagrał dość apatycznie, a z głośników w głównej mierze dobiegały dźwięki gitary prowadzącej i talerzy perkusji. Wokal? Ja niczego takiego nie słyszałem.

Przy Strawberry Fields muzycy RPWL to absolutni mistrzowie rzemiosła i profesjonaliści pełną gębą. Było o tym wiadomo przed koncertem, ale swoim występem Niemcy tylko potwierdzili jak cholernie solidnym zespołem stali się przez te 12 lat grania. A dodatkowo o klasie kapeli zaświadczyć może zaangażowanie w występ, perfekcyjne wykonanie i fantastyczny kontakt z widownią. Z jednej strony ze sceny emanowało poważne podejście do tematu grania muzyki Pink Floydów (bezbłędnie zaaranżowane i wykonane utwory), z drugiej zaś widać było nieskrywaną radość z grania i możliwości wystąpienia dla tych 160-170 osób, jakie pojawiły się na koncercie. Zespół zdecydował się nie robić przerwy i grał bite dwie i pół godziny, fantastycznie bawiąc zgromadzoną w Progresji gawiedź.

RPWL-2009-02

Aranżacje i oprawa wizualna kawałków stylizowany był na te znane z występów Floydów. Ale RPWL zdecydowali się dołożyć do tych aranżacji coś od siebie. Ozdobą koncertu – bezapelacyjnie i niepodważalnie – była obecność saksofonu. Solówki saksofonowo-gitarowe grane na partie zaskoczyły chyba wszystkich zgromadzonych. I było to cholernie miłe zaskoczenie. Nieco mniej zaskakująca była tracklista, zgodna z jednym z koncertów Pink Floyd z 1977 roku. Nie zabrakło oczywiście hitów PF i absolutnych szlagierów jak Shine on you crazy diamond czy Wish you were here.

RPWL zagrało dwa bisy, w tym Good Day for the Blues, oczywiście z obowiązkowo grającym pierwsze skrzypce saksofonem (Ktoś wie jak nazywał się saksofonista?). Kapitalnym zwieńczeniem występu było autorskie już Roses wykonane na dwie gitary akustyczne.  Było mniej poetycko niż dwa dni wcześniej w Poznaniu, za to z czadem i refrenem śpiewanym kilkakrotnie wspólnie z nami.