Nie będę szedł w zaparte i udawał, że jest inaczej niż świadczą o tym fakty. Jestem statsiarzem. Statsiarzem nie jeśli chodzi o ilość zdobytych „calaków”, platyn czy acziwków, ale statsiarzem jeśli chodzi o liczbę posiadanych gier w kolekcji. Jej obecny stan to świeżo przekroczony pułap 400 tytułów. I wiecie co? Już któryś raz uderzyło mnie, że ilość absolutnie nie przechodzi w jakość. Nie będę też udawał, że ojcu dwójki małych dzieci nie brakuje czasu, by móc bez przeszkód ogrywać wszystkie tytuły, jakie co pewien czas lądują na jego cyfrowej półce…

Zarobienie po uszy, brak czasu, często zdarzające się nagłe sytuacje oraz działające „siły wyższe” sprzyjają także porzucaniu gier w połowie. A do porzuconej gry, szczególnie takiej, która ma z fabuły coś więcej niż tylko zręby, zwyczajnie ciężko jest powrócić po kilku tygodniach i bezproblemowo wstrzelić się w akcję – jakby nigdy nic. Istnieją jednak gry, do których wracać należy, bo w przeciwnym razie straci się możliwość obcowania z ich pięknem, głębią i nierzadko interesującą wiedzą, jaka została w nich zawarta. Jednym z takich magicznych tytułów ze wszech miar wartych ukończenia jest dla mnie L.A. Noire.

la-noire-slider-04

Do historii kariery Cole’a Phelpsa podchodzę właśnie po raz trzeci. Za pierwszym razem dotarłem do połowy i szlag trafił mi pliki z zapisaną grą (na PC). Drugie podejście miało miejsce na PS3, tuż po tym jak gra pojawiła się w ofercie PlayStation Plus i zakończyło się tym, że przy wymianie dysku w PS3 zapomniałem odtworzyć backup, który zdążyłem usunąć z pendrive’a. Można więc zażartować, że nad L.A. Noire ciąży w moim życiu małe fatum. Mam jednak nadzieję w najbliższych dniach położyć mu kres, gdyż za grę wziąłem się od nowa jakieś półtora tygodnia temu (korzystając z bycia na L4 z powodu opieki nad chorą córką) i na nowo przeżywam historię wirtualnego życia Cole’a Phelpsa. Jest bowiem w L.A. Noire jakaś swoista magia, która sprawia, że obcowanie z tą grą to nie tylko dogodna okazja to pogimnastykowania paluchów połączonego z okazjonalnym wytężeniem wzroku i wysileniem umysłu (zresztą niespecjalnie długim). Grając w L.A. Noire ma się wrażenie oglądania interaktywnego filmu, czy może bardzie serialu ze z grubsza stałą obsadą, osadzonego w latach 40. ubiegłego wieku. Serialu ze znakomitym i wciągającym scenariuszem, przy którym – naszymi dokonaniami – możemy nieco manipulować i wpływać na zakończenie każdego odcinka.

Jednak tym, co szczególnie jeszcze bardziej urzekło mnie w grze, to poziom wiarygodności przedstawionego w niej świata. L.A. Noire to – jeśli dobrze się przyjrzeć – przepastna skarbnica wiedzy o powojennej Ameryce i jej rozmaitych problemach. Od rozwarstwienia społecznego (również jeśli chodzi o konfrontację białych z czarnymi) i roli kobiet w tymże społeczeństwie, przez powojenną traumę żołnierzy walczących w II wojnie światowej i problem imigrantów w Ameryki Południowej i Środkowej, aż po wszelkiej maści przestępczość zorganizowaną i rozpędzający się coraz mocniej Hollywood ze swoimi celebrytami, którym oczywiście wydawało się, że są poza prawem.

la-noire-slider-02

Aż ciężko jest sobie wyobrazić ile trwały przygotowania do napisania scenariusza gry oraz research (nie wspominając o kosztach!), by móc w szczegółach odwzorować Amerykańskie miasto aniołów sprzed 70 lat i to biorąc po uwagę, że grę robiło studio nie z USA, ale odległej Australii. Efekt ich starań i konsultacji oraz pomocy ze strony Rockstar Games przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tutaj wszystko – od wyglądu budynków, poprzez prawdziwie samochody z epoki, wygląd wszelkiej maści dokumentów, fotografie, prawdziwe miejsca na mapie LA, ubrania i mentalność ludzi – sprawia wrażenie żywcem wyjętego z filmowej kroniki z tamtych czasów i z mistrzowską gracją wplecionego w fenomenalną opowieść o karierze młodego policjanta i demonach, które spadały na ówczesne społeczeństwo. Dość powiedzieć, że niektóre sprawy, z jakimi przychodzi nam się mierzyć, oparte są na prawdziwych wydarzeniach, z jakimi rzeczywiście musiała sobie radzić policja Los Angeles.

L.A. Noire to rzecz naprawdę epokowa i dająca graczom dużo więcej przyjemności z grania, niż sprawiają pozory. Swoiste mistrzostwo gatunku, produkcja zawierająca rewolucyjny system odtwarzania mimiki ludzkiej twarzy, z fenomenalnymi aktorami, wyrazistymi bohaterami, stylizowanymi dialogami i udaną, wielowątkową (choć liniową) fabułą. Zdecydowanie jedna z kilku najważniejszych produkcji poprzedniej generacji konsol, którą pominąć naprawdę się nie godzi.

la-noire-slider-03

Ocena: 9/10 (nie starzeje się nic a nic)

Komentarze